„Powiedział, zanim zrobił”. Co naprawdę wiemy o sygnałach ostrzegawczych przed przemocą masową?

Zajawka: Nowe badanie obejmujące 483 masowe strzelaniny w USA pokazuje, że część sprawców wcześniej ujawniała zamiary lub kierowała groźby. Kłopot zaczyna się chwilę później: sygnał trzeba jeszcze zauważyć, zgłosić i sensownie ocenić.

W opowieściach o przemocy masowej lubimy dwie wersje wydarzeń. Pierwsza: „nikt nie mógł tego przewidzieć”. Druga, pojawiająca się zwykle po tragedii: „przecież wszystko było widać”. Problem w tym, że obie wersje są zbyt wygodne.

Nowe badanie Jasona Silvy i Adama Lankforda objęło 483 masowe strzelaniny w USA z lat 2000–2023, w których zginęły co najmniej cztery osoby. Autorzy analizowali m.in. tzw. leakage — sytuacje, w których sprawca ujawnia osobie trzeciej zainteresowanie dokonaniem masowej przemocy lub innego aktu przemocy — oraz groźby kierowane wobec innych. Takie sygnały częściej występowały u sprawców masowych strzelanin w przestrzeni publicznej niż w strzelaninach rodzinnych lub powiązanych z inną działalnością przestępczą.

Sygnał ostrzegawczy nie nosi kamizelki z napisem „sygnał ostrzegawczy”

I tu zaczyna się część, której nie da się zamknąć w jednym czerwonym wykrzykniku. W badaniu leakage mogło przyjmować różne formy komunikacji: rozmowę bezpośrednią, wiadomość prywatną, publiczny wpis online albo dokument pisemny. Groźby analizowano jako osobną kategorię. To rozróżnienie ma znaczenie, bo nie każde ujawnienie zainteresowania przemocą jest bezpośrednią groźbą wobec konkretnej osoby.

To nie oznacza, że każda niepokojąca wypowiedź jest zapowiedzią przemocy. Na szczęście. Gdyby było inaczej, połowa internetu wymagałaby natychmiastowej interwencji zespołu oceny zagrożenia. Problem polega właśnie na tym, że pojedynczy sygnał bywa niejednoznaczny.

W badaniu 41% wszystkich analizowanych zdarzeń poprzedzały leakage lub groźby; w przypadku strzelanin masowych w przestrzeni publicznej odsetek ten wynosił 71%. To nadal nie tworzy prostego „profilu sprawcy”. Pokazuje raczej, że informacja o groźbie lub leakage może być istotnym elementem oceny zachowania i kontekstu — ale nie działa jak samodzielny test prognostyczny.

Najtrudniejszy moment: ktoś już coś usłyszał. I co dalej?

Badanie zwraca uwagę na coś szczególnie ważnego: sama obecność sygnału nie wystarcza. Ktoś musi uznać go za istotny, wiedzieć, gdzie go zgłosić, a system musi potrafić połączyć tę informację z innymi.

W praktyce wygląda to mniej filmowo niż w serialach. Jedna osoba zna fragment historii. Druga widzi coś niepokojącego w pracy. Trzecia zauważa zmianę zachowania w internecie. Każdy ma kawałek układanki, ale nikt nie dostał pudełka z obrazkiem referencyjnym.

Właśnie dlatego w threat assessment tak dużo mówi się o systemach raportowania i pracy zespołowej. Nie chodzi o to, żeby „wyczuć” przyszłego sprawcę. Chodzi o to, żeby informacje nie znikały w osobnych szufladach.

Po fakcie wszystko jest bardziej oczywiste

To jeden z największych problemów w analizie takich zdarzeń. Gdy znamy finał, wcześniejsze zachowania zaczynają wyglądać jak logiczny ciąg prowadzący do tragedii. Psychologia nazywa to efektem wiedzy po fakcie. Mózg bardzo lubi porządek, nawet jeśli musi go dopisać kredką po zakończeniu historii.

Dlatego dobra ocena zagrożenia powinna opierać się na procedurze, a nie na późniejszym pytaniu: „jak mogli tego nie zauważyć?”. W chwili podejmowania decyzji ludzie nie znają zakończenia.

Ważne ograniczenie: badano zdarzenia, które już się wydarzyły

To badanie ma charakter retrospektywny i obejmuje zakończone masowe strzelaniny. Nie mówi więc, jaki odsetek osób, które grożą lub ujawniają brutalne zamiary, rzeczywiście później dopuszcza się przemocy. Nie pozwala też obliczyć, ile byłoby fałszywych alarmów, gdyby pojedynczy sygnał traktować jak narzędzie prognostyczne.

To bardzo ważne rozróżnienie. Wyniki są użyteczne dla threat assessment i systemów zgłaszania, ale nie uzasadniają prostego wniosku, że „kto mówi, ten zrobi”.

Co z tego wynika dla praktyki?

Po pierwsze: sygnały ostrzegawcze istnieją, ale ich interpretacja wymaga kontekstu. Po drugie: system zgłaszania musi być prosty i znany ludziom. Po trzecie: najwięcej sensu ma analiza wielu informacji razem, a nie polowanie na jedną magiczną czerwoną flagę.

To mało spektakularny wniosek. Nie daje aplikacji, która świeci na czerwono, gdy obok pojawia się „niebezpieczna osoba”. Daje za to coś znacznie bardziej użytecznego: podstawę do budowania lepszej oceny zagrożenia.

Czyli po staremu: mniej wróżenia, więcej procedury. Nauka bywa pod tym względem wyjątkowo konsekwentna.

Źródła:

https://link.springer.com/article/10.1007/s12103-026-09946-8
https://link.springer.com/article/10.1007/s12103-026-09921-3

Odkryj więcej z Modus Behavioral

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej